top of page
Moje historie: Blog2

Esej o ptakach

  • 11 maj 2020
  • 3 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 11 sty 2025

Czujecie jeszcze zapachy i wonie, kiedy ktoś wspomni o „Sklepach cynamonowych”?


Schulz wyciągnął naszą sensualność, zakradł się do zakamarków podświadomości i przeczytał nas, zanim jeszcze my sięgnęliśmy po jego prozę. Odrobinę wazeliniarstwa. Lecz dzisiaj nie o cynamonie, a o ptakach. Mniej sensualnie, a bardziej emocjonalnie. Tym razem Schulz wybudził mnie dramatyzmem sceny, w której Adela przegania egzotyczne ptaki ojca z królestwa na strychu.


Utożsamiam się, bo pamiętam jeszcze pragnienie znalezienia i wysiedzenia jaj smoczych oraz pełne zespolenie z uniwersum, jakie dziecko kreuje w swoim pokoju, zupełnie zapominając o rzeczywistości.


Na letnich obozach najbardziej lubiłam pierwszą noc. Zasypialiśmy późno, po aktywnym wieczorze, kiedy nosiło nas pobudzenie górskim powietrzem i wzajemną obecnością. Późno, ale szybko, wyczerpani ciałem i duchem. Po kilku godzinach ze snu budził mnie świergot ptaków. Rozciągałam się wyspana i pełna energii, gdy reszta obozu pogrążona była jeszcze w głębokim śnie.


W letnie dni spędzone w mieście nie znosiłam, gdy krążące o poranku wrony wdzierały się w moją słodką marę. Zamykałam szczelnie okno, a gdy było zbyt duszno, próbowałam przyzwyczaić się do krakania.


Legenda głosi, że moje miasto wzięło swoją nazwę od wron kraczących nad ciałem zabitego przez Dratewkę smoka. Czy mniej fantastyczna i groteskowa byłaby opowieść, że zaczęło się od żydowskiego kupca Ibrahima zbudzonego dzień po przyjeździe zrzędliwym krzykiem straszliwych kreatur?


Czytając opowieść o ptakach Schulza, widzę flamingi i żurawie, pelikany i kondory. Zwłaszcza kondory. Czy ktoś z was jeszcze pamięta komputerową grę „Koziołek Matołek”? A przynajmniej ten przezabawny okrzyk „kondor zrzuca jaja”, oznaczający, że któryś z pionków osunie się na dno planszy?


W przedszkolu jeździliśmy na farmy oglądać strusie lub do zoo, gdzie przechadzały się pawie. Każdy chciał zobaczyć, jak otwierają swoje wielobarwne ogony. Na weselu kuzynki w agrokulturze śledziliśmy z innymi dziećmi spacerujące pawie. Ciągnęły za sobą tęczowe pióra, ale były zbyt przestraszone, by je majestatycznie otworzyć. Kto jest lub bywa w Warszawie, wie, że po Warszawskich Łazienkach pawie przechadzają się cały rok, nawet zimą. Śnieg pokrywa wtedy brunatne szyje samic. Zastanawiam się, czy to nie przez Adelę znalazły się one w tych dziwnych, zimnych stronach...


Myśleliście kiedyś na tym, ile sprzątania miała Menada po wygonieniu ptaków? Pamiętam, jak moja mama dwa dni szorowała balon, po tym jak wykluły się na nim dwa gołębie. Ich matka uwiła gniazdo pod naszą choinką, tzn. malutkim, młodym świerkiem. W któreś kwietniowe dni, gdy nie przestawało padać, długo nie wracała do swoich jaj. Z niepokojem oczekiwaliśmy jej powrotu, martwiąc się, że jajka zamarzą, a maleństwa nigdy się nie wyklują.


Gdy byłam dziewczynką, sprzedawało się jeszcze na rynku kubeczki z ziarnem i wszystkie dzieci dokarmiały gołębie. Zbierały się wokół nas popielate legiony ptaków o fioletowych i zielonych gardzielach. Wybieraliśmy najładniejsze i uznawaliśmy za swoich rycerzy zainspirowani opowieścią o zaklętej armii Henryka IV Probusa. Raz gołąb przeleciał tuż przed moją twarzą i musnął policzki skrzydłem. Poczułam się naznaczona i wybrana.


Lecz później dorośliśmy i teraz obrzydza nas wszystko, co z gołębiem związane. Odstraszamy je z balkonu, by nie wiły gniazd w doniczkach i by nie budziły irytującym gruchaniem o świcie. Patrzymy krzywo na starsze, bezdomne panie dzielące się z nimi obwarzankiem - dziś już nie wypada ich dokarmiać.


Myślę, że Adela o wiele dłużej próbowała zeskrobać pasie odchody ze strychu. Dlatego pozostawała tak trwożną istotą dla ojca przez następne miesiące.


Po przeczytaniu znów Sklepów śniły mi się oczywiście ptaki, ich mara, przerażające spojrzenia, kolorowe dzioby. Teraz nie mogę przestać o nich myśleć. Codziennie rano budzi mnie świergotanie kosa. Ten kos kilka razy dziennie siada na kominie naprzeciwko i przez kilka minut nawołuje jak dzwon kościelny, najprawdopodobniej szuka partnerki. Kot sąsiadki skrada się po murze, śledząc bawiące się ze sobą wróble. Ostatnio złapał któregoś i zaniósł tryumfalnie właścicielce. Bywa tu tak cicho, że słyszę nawet pohukiwanie sowy schowanej w szparze pod dachem.


Leonardo da Vinci pisał, że jego najwcześniejszym wspomnieniem była kania, która zleciawszy z nieba, uderzyła go ogonem po wargach. Całe życie czuł, że dała mu tym błogosławieństwo, by on sam nauczył się latać. Skonstruował lotnię i skoczywszy z Monte Ceceri, na kilka chwil sam stał się ptakiem.


Być może to, co wzbudza nostalgię to niemożność odfrunięcia za ptakami, dołączenia do ich wyprawy, udania się na południe, do ciepłych krajów, gdzie z grupą kanarków można podróżować od drzewa do drzewa z koncertem świergotu. Za lekkością i umiejętnością latania, za brakiem pęcherza, za walką z wiatrem. Za wiecznym stanem podróżowania.

Komentarze


Moje historie: Subscribe
  • Tumblr
  • Instagram
  • facebook

©2020 by mowa prosta. Proudly created with Wix.com

bottom of page