Zapałczany w ogniu krytyki
- 13 kwi
- 2 minut(y) czytania
Po lekturze „Światłoczułości” mam w głowie przede wszystkim pytanie, kim jest Jakub Jarno? Na okładce napisano o autorze, że „mieszka z rodziną na wsi” i postanowił pozostać w ukryciu. Niech ten pan zdradzi mi sekret, jak wydać debiut i zachować czystość w świecie powszechnego marketingu.
Musi się kryć za tym pisarzem jakiś kapitał, bo gdyby nie sugestia, że w tej historii jest element autobiograficzny, nie miałabym wątpliwości, że to zmyślona historia. Jestem niedowiarkiem i nie uwierzę, póki nie zobaczę człowieka, który to przeżył. I nie dlatego, że okrucieństwa wojny wydają mi się niewyobrażalne, odpowiada za to styl, konstrukcja fabuły i charakterystyka bohaterów. Nic w tym tekście nie przekonało mnie do autentyczności świadectwa.
A jeśli mam rację i za „Światłoczułością”, która moim zdaniem powinna nosić mniej egzaltowany tytuł „Zapałczany”, kryje się wyłącznie wymyślona historia, która mogłaby się wydarzyć w czasach wojny, ale wcale się nie wydarzyła, to właściwie co mam wynieść z tej powieści? Tak, czyta się ją szybko, przechodzi się z krótkiego rozdziału do kolejnego jak w zgrabnym romansidle. Przyjaźń między Żerką a Witoldem ma z początku potencjał, by ująć za serce, ale staje się później wymuszona i abstrakcyjna. Żerka pisze listy do Witka, ale równie dobrze mogłaby je adresować „drogi pamiętniczku”. Też kiedyś pisałam takie listy.
Ktoś z nas jest winny temu, że brutalne sceny, które wielu osobom podczas wojny wydarzyły się naprawdę, nie wstrząsają mną. Albo ja ryzykuję obojętność wobec autentycznej historii, której nie uwierzyłam, albo autor spłycił tę historię w moich oczach.
PS. Na Śniadaniowym Klubie Książkowym odwróciłyśmy teorię o tym, jakoby Remigiusz Mróz miał ludzi od pisania swoich książek, na teorię, że Mróz pisze jeszcze więcej książek pod pseudonimami i jednym z nich jest Jakub Jarno. Okazuje się, że nie myślimy tak tylko my, więc spisek nabiera realnego kolorytu:



Komentarze