Muss es sein?
- 6 kwi
- 1 minut(y) czytania
Tomasz, lekarz z zawodu, kochanek z pasji, żyjący według zasady, że romans powinien trwać trzy spotkania lub odnawiać się co kwartał i Teresa, dziewczyna z koszyka. W Śniadaniowym Klubie Książkowym zgodnie uznałyśmy, że pierwsza część „Nieznośnej lekkości bytu” nasiąknięta jest tym geniuszem, na który czekałyśmy, ale co przyniosło większe rozczarowanie, gdy geniusz rozrzedził się w jak gdyby nienatchnionej, rozciągniętej prozie. Kolejne części to rozgałęzienia historii ku innym uwikłanym bohaterom i sporadyczne powroty do Toresy, relacji beznadziejnej.
Pierwsza część rezonuje z rytmem wybitym przez kwartet Beethovena i słynny dialog: „Muss es sein? Es muss sein!” romantycznie wiążący bohaterów w podszepcie ich natury. I tak jest to książka filozoficzna, a jednak filozofia wypływa z najprostszych aktów codzienności. Miłość Tomasza do Teresy, która okazuje się silniejsza niż jego zasada trójki, nie jest górnolotna i nie zmienia go. Daje mu tylko trochę słodkiej lekkości, tak słodkiej, że akceptuje „żelazne kule” u stóp. „Nieznośna lekkość bytu” to traktat o miłości, która może być burczeniem w brzuchu, jak i „Es muss sein”. Napisany prosto, prostolinijnie, lecz nieprymitywnie.
Poczuł wtedy niezrozumiałą miłość do tej nieznajomej niemal dziewczyny; wydawała mu się dzieckiem, które ktoś włożył do koszyka wysmarowanego smołą i puścił z prądem rzeki po to, by Tomasz mógł je wyłowić na brzeg swego łóżka.



Komentarze