Islandia – płacz wodospadów i taniec słonecznego wiatru
- 20 lut 2025
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 22 lut 2025

Wydawało mi się, że Islandia jak inne wyspy zawrze moją podróż w granicach oceanu i stworzy przez to wrażenie kameralności. Oczekiwałam pewnych ram poznanych na Teneryfie, tylko z inną treścią; że zamiast Kalimy, walić będzie w okna arktyczny wiatr, a zamiast stałych dwudziestu stopni, stale trzeba doliczać minus dziesięć do wyświetlanej na ekranie temperatury. Myliłam się nie tylko dlatego, że nie doszacowałam jej wielkości, ale dlatego, że położona na skraju wszystkiego Islandia zdaje się ostatnim przyczółkiem przed wylewającym się z Dysku wodospadem. Bo jak mógłby nie spływać gdzieś ocean, kiedy wszystko tu spływa, topnieje śnieg górski i lodowce? Woda przelewa się z hukiem w punktach widokowych, lecz jeśli uważnie się rozejrzysz, to wszędzie między skałami spływają strużki wody.
Spacer między kontynentami
Pod wyspą ścierają się płyty tektoniczne i w Almannagjá można spacerować w szczelinie między kontynentami. Czyli pierwsza moja wycieczka do Ameryki! Nieopodal na równinie Þingvellir zbierał się islandzki parlament. Uważali się za potomków wikingów, ale najnowsze badania wykazały, że byli raczej irlandzkimi jeńcami wyrzuconymi na wyspę, żeby umarli w surowym, nieżyznym terenie. A oni chyba nie zrozumieli aluzji i przetrwali wybuchy wulkanów, sztormy i surowy, niesprawiedliwy klimat. Wyhodowali nawet własne konie, wytrzymałe i odporne na zimno, które pasą się wciąż na równinach.

Þingvellir jest częścią trasy zwanej Złotym Kręgiem. Główna atrakcja turystyczna, przy której zbudowano infrastrukturę pozwalającą, chociażby, skorzystać z toalety na poszczególnych przystankach (luksus, który w kolejnych dniach nie był nam dany). Ale zanim w ogóle wyjechałyśmy w trasę wypożyczonym samochodem z tablicą rejestracyjną YOLO*, to zwiedziłyśmy trochę Reykjavíku. Kapał słynny islandzki deszcz, więc kaptury na głowę i spacerujemy w kierunku centrum, do protestanckiej świątyni Hallgrímskirkja (kopiuję oczywiście te niewymawialne nazwy) o widocznej już z daleka poszarpanej wieży. Nie przekonał mnie ten styl. Wnętrze jest przestronne i patetyczne. Przechadzałyśmy się tutaj chwilę. Potem uznałyśmy, za radą naszego gospodarza i przewodnika, że wjazd na wieżę za 1400 koron islandzkich (40 zł) nie opłaca się przy obecnym zachmurzeniu. O wiele ciekawszy okazał się ogród rzeźb islandzkiego artysty Einar Jónsson. W jego działach jest krzyż, Thor, Psyche i natura. Każdy znajdzie coś dla siebie. Przed Einarem rzeźbiarstwo na Islandii nie było zbyt popularne. Może dlatego tyle tu monumentów kamieni.
Reykjavík - miasto tanich basenów i drogich pubów
W starej części Reykjavíku przeważają małe, kolorowe domki, które mi przypominały Danię i w których nie powinien się móc zmieścić potężny wiking z moich dziecięcych wyobrażeń. A może jednak kurczył się pokornie, wróciwszy do domu po dalekiej wyprawie. Poza tym architektura rozwinęła tu skrzydła niedawno. Guðjón Samúelsson zaprojektował główny kościół dopiero w latach 30’ zeszłego wieku. Ale jedynym budynkiem, który zrobił na mnie wrażenie jest Harpa, stojąca na samiutkim wybrzeżu Filharmonia z dwoma rzędami okien, jak gdyby rybich łusek. Taką rybią łuskę zaklętą w pierścionku można kupić na pchlich targach. Poza tym warto się jeszcze w Reykjavíku wybrać na basen z gorącymi hot-tubami (wejściówka na cały dzień kosztuje 30-40 zł), gdzie Islandczycy spotykają się na pogawędki i gdzie można popływać pod gołym niebem w środku zimy. Oraz do pubu, najlepiej w wieczór z muzyką na żywo. Na Islandii jest bardzo dużo zespołów rockowych, więc szansa na muzyczną przygodę i trochę tańców jest spora. Ostrzegam jednak, że piwo kosztuje w barze 90 zł (co wyjaśnia, czemu lepiej umówić się na basenie).
Ale chyba nikt nie przyjeżdża na Islandię tylko po to, by pochodzić sobie po Reykjavík. Nawet jeśli architektura byłaby tu bardziej wymyślna, to i tak przegrałaby z innowacyjnością natury. Dlatego parkingi na trasie Złotego Kręgu pełne są wypożyczonych samochodów, z jakiegoś powodu w większości białych. Może to nie taki problem, kiedy wyjeżdżasz na wyasfaltowaną trasę. Gorzej, jeśli zboczysz choćby na chwilę z drogi. Domycie takiego auta graniczy z niemożliwością.
Kraina gejzerów, wodospadów i kraterów

Przystanek pierwszy Złotego Kręgu to wspomniany już Þingvellir. Przystanek drugi to gejzery, a wśród nich Geysir. Tak, to nazwa własna gwiazdy wśród swoich, od której nazywamy teraz wszystkie gorące źródła wytryskujące wodą (islandzkie gjósa znaczy właśnie tryskać). Geysir przeszedł na emeryturę, ale erupcję jego sąsiada Strokkura można ujrzeć już z drogi. Na miejscu trzeba czasem chwilę odczekać. Woda bulgocze, ale nie zawsze potem decyduje się na wybuch. Włączamy nagrywanie i po siedmiu minutach prowadzenia w tle swoistego podcastu mamy szczęście zarejestrować kulminacyjną chwilę. Największe uznanie zdobył jednak w naszych sercach wodospad Gullfoss. Nie jestem w stanie opowiedzieć o nim więcej, niż to, co najważniejsze - że huczy, że woda unosi się wysoko i wypełnia przestrzeń, i że po prostu jest piękny. Podobnie jak Kerið, zamarznięte jezioro w kraterze, błękitne jak „oczy tej małej” z piosenki Agnieszki Osieckiej.
Miałyśmy na tym wyjeździe dużo szczęścia. Chociaż dwa pierwsze dni zapowiadały szarą i deszczową aurę, to przynajmniej nie wiało 200 km/h jak trzy dni przed naszym przylotem. Dwa, nasz gospodarz i przewodnik załatwił nam wielką chatę na odludziu z hot-tubem na tarasie. Przyjechaliśmy tam wieczorem po zmroku, który zapadał o godzinie 18.00, a rano przy zachodzącym księżycu ukazał nam się widok oszałamiający - pasmo górskie przepasane śniegiem nad fiordem i słońce wychodzące powoli zza gór, zapowiadające, że w tej części wyspy pogoda zmienia się na lepsze. Kolejna wycieczka, tym razem na przepiękny półwysep Snæfellsnes, miała więc zupełnie inną atmosferę. W punktach widokowych nie chciałyśmy szybko wracać do auta, tylko wyskakiwałyśmy w grubych wełnianych swetrach o odpowiednim skandynawskim wzorze i pozowałyśmy przy świetle nisko podróżującego słońca.
Co zrobić na Islandii w punktach
Życzę wszystkim podróżującym na Islandię, żeby trafili na taką pogodę jak my. Życzenie się przyda, bo pogoda jest tu kapryśna, ale jestem pewna, że w każdej aurze uda wam się na Snæfellsnes zrobić te kilka rzeczy:
sesję zdjęciową przy protestanckim kościółku z widokiem na klify Gerðuberg, które chyba pomyliły sobie miejsca i zamiast nad oceanem wyrzeźbiły się w głębi lądu.
zatrzymać się, w którymś punkcie widokowym i zjeść cynamonki z widokiem na cudy natury, np. jezioro, góry, wodospady, co dusza zapragnie.
nie dać sobie urwać głowy przy latarni Súgandisey, gdzie można kłaść się na wietrze i gdzie naprawdę przydają się te wszystkie termiczne ciuchy. Dalej na północ globu pewnie się nigdy nie dostanę.
napatrzeć się na Kirkjufell, zupełnie niezwykłą górę. Pocztówkę dopełnia tu Kirkjufellsfossar, wodospad spływający do zatoki.
wypatrzeć taplające się w zatoce foki przy plaży Ytri Tunga.
Wiatr słoneczny
Mówiłam o szczęściu? Wisienką na torcie i to taką pyszną, soczystą, smakującą nawet lepiej niż wyśmienity tort, był nasz wieczór zórz. W ogóle nie wyobrażałam sobie wcześniej, jak wypatrzymy tę zorzę - gapiąc się przez okno, rozgrzewając sobie dłonie termoforem na tarasie? Ale przecież był hot-tub! Codziennie grzaliśmy się w nim po kolacji, z czapkami na głowach, włączając bąbelki i pijąc bąbelki. I tak patrzyliśmy się na niebo, pytając naszego gospodarza i przewodnika: jak powstaje zorza, jakie ma kolory, po której stronie nieba się pojawia, czy księżyc jej przeszkadza? I w końcu coś nowego pojawia się na niebie, taka szara smuga przypominająca chmurę. Mrużysz oczy, czy to to? Nagle smuga nabiera kolorów, staje się zielona i wystrzeliwuje na obie strony, jak wstęga baletnicy zaczyna wirować od wschodu do zachodu. Myślę "duchy przodków albo taniec aniołów". Na zdjęciu kolory są wyraźniejsze, ale na żywo zorza to spektakl. Spektakl w bajkowej krainie, w której góry płaczą wodospadami, a łzy lodowców marzną w szklanych jeziorach. Można brać mroźną nocą ciepłe kąpiele i oglądać taniec zielonego światła. Noce są długie, lecz wcale nie chcesz zasnąć. A gdy budzisz się rano, księżyc nie zdążył jeszcze zajść.

*tak naprawdę na tablicy rejestracyjnej było YOL, no ale proszę!






























Komentarze