Słodkie życie
- 21 kwi
- 2 minut(y) czytania
Moja siostra opowiada historię o ojcu, który się przy fontannie bawił z synami. Pokazywał im, jak podłożyć rękę, by woda prysnęła na bok, tylko że zanim się zorientował, wybrany kawałek chodnika nie był już pusty, stawiała tam krok właśnie ona, posuwająca się śpiesznie przez Rzym. Wyobrażam sobie, że woła jak w filmie „La Dolce Vita” Felliniego tu sei un birichino (jesteś łobuzem), ale ten ojciec już nie słyszy, pociągnął chłopców i uciekł zawstydzony.
Od lutego, żeby zejść do fontanny di Trevi, trzeba kupić bilet. Ale przed dziewiątą rano nie ma jeszcze barierek i tłumów. Patrzę na wodę i słyszę, jak Marcello, właśnie ten un birichino, szepcze do amerykańskiej aktorki: Tu sei tutto, Sylvia! Ma lo sai che sei tutto, eh? Tu sei la prima donna del primo giorno della Creazione. Sei la madre, la sorella, l'amante, l'amica, l'angelo, il diavolo, la terra, la casa... Ah, ecco cosa sei: la casa!
„Ty jesteś jak pierwsza kobieta pierwszego dnia stworzenia...” Sylvia wchodzi więc do wody i staje się Wenus w pierwszym dniu stworzenia. Chwilę potem zostaje spoliczkowana przez narzeczonego, który wcale jej nie kocha.
Wszystkie jesteśmy Nannarelle – wołały włoskie feministki. Odgrywającą Nannarellę („Mamma Roma”, reż. Pasolini), Annę Magnani uhonorowano popiersiem w Trastevere, ale byłam tam, w tym miejscu, jest napis, jest podstawka i nie ma głowy wielkiej diwy, Nannarelli z tego cudownego, neorealistycznego filmu, który obejrzałam kiedyś w Kinie pod Baranami (taśma pękła dwa razy). I czuć pustkę w tej uliczce, jakby ktoś ukradł posążek Madonny.
Wielkanoc w Rzymie, ale przy Koloseum tłumy zagłuszają Drogę Krzyżową, a w Bazylice na Lateranie nawy są polem operacyjnym dla ochrony. Nie warto uczestniczyć w mszy odprawianej przez wikariusza papieskiego. Tylko jeden moment, gdy gasną światła i kolumny świątyni oświetlone są blaskiem zapalonego ogniska. Wszystko pogrąża się jakby w monochromatycznym drzeworycie. Ten obraz próbuję zapamiętać.
Rzym jest taki znajomy. Wysiadamy na Piazza della Repubblica i już nie wiem, czy to bohater filmu czy ja przechodziłam przez środek ronda, nie przejmując się ruchem ulicznym, by dostać się spod kawiarnianych arkad do bazyliki. Hałas, tłok, chaos uliczny, przytłaczająca stolica, do której prowadzą wszystkie drogi. Chwilę wytchnienia można złapać w Parku Akweduktów, przejść się wzdłuż tych wiecznych konstrukcji wytyczających szlak do miasta, gdzie pasterz na rowerze przegania swoje owce.
Krótka podróż, by złapać trochę słońca i trochę włoskiego. Postawić się strażniczce na dworcu, ale znów zapomnieć, jak się zamawia lody w kubeczku. Zjeść przesolone cacio e pepe, ale już lepszą amatricianę, której pomidorowy sos prysnął na moją białą koszulę. Chłodny w obyciu, ale profesjonalny kelner jest na tyle spostrzegawczy, by przynieść mi namoczoną szmatkę do wywabienia plamy. Historie z włoskimi kelnerami powinny doczekać się całego zbioru opowiadań albo reportażu. Zwłaszcza, gdy po kolacji przychodzą z baniakiem jakiegoś bursztynowego trunku na meglio digestione, a ich spojrzenia nie znoszą sprzeciwu.
Na końcu łapię książki Italo Svevo, Pavese, d’Annunzio... Może je kiedyś dla was przetłumaczę.



Komentarze