Karenina
- 16 cze
- 1 minut(y) czytania
Annę Kareninę należy przeczytać, żeby zrozumieć, dlaczego Teresa w „Nieznośnej lekkości bytu” nazywa swojego psa Kareninem. I żeby nie zatrzymać się na adaptacji Joe Wrighta, który w krótkiej formie zdołał mógł kilka scen romansu z powieści, która jest przekrojem dziewiętnastowiecznego społeczeństwa.
Jest to powieść, w której każdy może się przejrzeć i wyciągnąć coś innego. Ja widzę przede wszystkim społeczną dynamikę, której presji nie mogą oprzeć się bohaterowie. Znajome łaknące miłosnych historyjek popychają Annę w przestrzeń, w której ona chce znaleźć trwałą miłość. Trwała miłość to już skandal. I dla liberalnych dam z jej otoczenia i dla konserwatywnych kręgów jej męża.
Równoległą, nie mniej ważną historią jest kryzys egzystencjalny Lewina. Jego starania o to, by zapomnieć o własnych pragnieniach i praktycyzm, za którym stoją najgłębsze filozoficzne rozmyślenia. W końcu budowanie małżeństwa od podstaw i gorzka konkluzja, że człowiek nigdy nie odnajduje trwałego spokoju – „szczęśliwy ojciec rodziny, zdrów na ciele i na umyśle, był kilka razy tak bliski samobójstwa, że ukrył sznur, żeby się na nim nie powiesić”.
Dynamika społeczna wychodzi poza same ramy powieści. Nie sposób nie uwierzyć Tołstojowi, że opisuje świat prawdziwy. Jego bohaterowie poruszyli swoimi dylematami historię. I ja czuję się również ich ofiarą.
Stosunek Lewina do religii był - jak u większośc ludzi mu współczesnych - zupełnie nieokreślony: nie mógł zdobyć się na wiarę, ale nie był także całkiem przekonany, że to wszystko było nieprawdą.



Komentarze